Recenzja Forza Horizon 6 – Ultimate arcade racer znów się rozwija
Forza Horizon 6 wreszcie zabiera festiwal Horizon do Japonii, oferując ulice Tokio podświetlone neonami, górskie drogi touge, driftową kulturę i najbardziej klimatyczny otwarty świat, jaki kiedykolwiek zbudowała ta seria. To prawda, że gra nie wymyśla formuły od nowa, ale dopieszcza niemal każdy jej element i składa to w jedno z najlepszych wrażeń z arcade’owego ścigania dostępnych dziś na rynku.

Są dwie rzeczy, o które fani Forza Horizon prosili od lat: Japonia – i jeszcze więcej Japonii. Playground Games doskonale wiedziało, czego potrzeba, dlatego szósta odsłona w końcu przenosi tę szybką ucieczkę w krainę neonów, górskich serpentyn i nocnych sesji drifterskich, po których czujesz się, jakbyś był w The Fast and the Furious: Tokyo Drift. I choć absurdalnie długie czekanie się tu należało, to po zaledwie pierwszych kilku kilometrach rozgrywki staje się jasne, że to nie jest tylko tania fanowska przysługa pod listy życzeń gorliwych graczy.
Forza Horizon to już tak mocno osadzona marka, że i bez jazdy samo by się sprzedało. Ale twórcy nie opierają się wyłącznie na nazwie serii ani nie chowają się za dawnymi sukcesami. Nie. Wręcz przeciwnie – wykorzystują to wszystko i dokładacie tonę nowości do sprawdzonej (i niezwykle popularnej) formuły. Dostajemy największy otwarty świat w historii cyklu, samochodową przygodę przerysowaną w wielu miejscach i dokładnie ten typ arcade’owej zabawy, kiedy mówisz sobie: „jeszcze jeden wyścig”, po czym trzy godziny później nadal ścigasz się w deszczowym Tokio, słuchając japońskiego synthwave’u. Tak – to mi się zdarzyło więcej niż raz.
A choć gra nie jest bez drobnych wad, to ostatecznie daje fanom dokładnie to, czego chcieli. Tylko teraz jest zauważalnie większa, głośniejsza, „fajniejsza”, piękniejsza i bardziej namacalna w odbiorze.



Japonii nie dało się zrealizować łatwo, ale było warto
Od lat Playground Games udowadnia, że seria Forza Horizon to coś więcej niż same samochody. Owszem – setki pojazdów, arcade’owy model jazdy i techniczne aspekty wciąż są fundamentem sukcesu, ale twórcy z czasem przerobili świat gry na główną atrakcję całej serii. I być może właśnie dlatego, zanim pojawi się każda nowa odsłona, wokół miejsca docelowego narasta więcej szumu niż wokół samej listy aut.
Po Meksyku, Wielkiej Brytanii i Australii wreszcie nadchodzi Japonia – kraj, o który fani praktycznie prosili od samego początku. I trzeba przyznać, że studio poradziło sobie z tą presją z godną podziwu łatwością. W skrócie: dopracowany do perfekcji motoryzacyjny raj. Jednocześnie uważam, że poczekanie do szóstej części na dodanie Japonii było świetnym ruchem, bo dopiero dzisiejsze możliwości technologiczne pozwoliły twórcom w pełni uchwycić klimat japońskiej kultury motoryzacyjnej tak, jak fani wyobrażali go sobie od lat.
Ciekawostka: Japonia w Forza Horizon 6 to nie tylko górskie węże i legendarnie drifty touge znane choćby z Initial D. Równie imponujące są nocne przejazdy przez Tokio tonące w deszczu, gdzie neonowe światła kultowej dzielnicy Shibuya budują klimat prosto z najlepszych filmów o street racingu.

Niekwestionowaną gwiazdą całej gry jest Tokio (mapę mamy jeszcze przed sobą). Studio nawet przygotowało dla niego osobny zespół, a efekt widać niemal wszędzie – od szerokich, nieskończenie długich ulic otoczonych drapaczami chmur po wąskie uliczki zalane światłem w każdym możliwym kolorze, małe biznesy i ikoniczne punkty jak Shibuya, Akihabara czy Tokyo Tower.
Jednocześnie miasto wyraźnie pokazuje jedną ze swoich kompromisów. Ruch jest zauważalnie skromniejszy niż można by się spodziewać po prawdziwym Tokio i wygląda to podejrzanie na puste. Podobnie jest z gęstością zaludnienia – zamiast gwaru, tłocznych ulic dostajemy kilka osób stojących tu i tam wzdłuż dróg. Szkoda tylko, że w kampanii metropolia gra drugie skrzypce i większość akcji dzieje się gdzie indziej.
Ciekawostka: Tokio w Forza Horizon 6 to nie tylko szerokie bulwary i neonowe skrzyżowania. W obrębie miejskich, wąskich uliczek pojawiają się też drobne japońskie Kei Cars, idealne do bardziej spokojnych przejażdżek albo dostarczania jedzenia w jednej z mini-gier.

Tyle że Forza Horizon nigdy nie miało być symulatorem jazdy ani realistycznym odtworzeniem japońskiej metropolii. To wielki, otwarty plac zabaw, na którym możesz jeździć 300 km/h po piaszczystych drogach, przez lasy, śnieżne przełęcze w górach, pola ryżowe i wiejskie szosy – bez tego, żeby co dziesięć sekund zatrzymywały cię taksówki.
I właśnie poza Tokio gra pokazuje swoją największą siłę: wolność. Mapa jest ogromna, różnorodna i w praktyce nie do ogarnięcia, a najlepiej rozkwita w detalach, które zaczynasz zauważać dopiero po kilku godzinach jazdy.

Uważam, że studio wróci do kwestii ruchu i gęstości zaludnienia w przyszłej aktualizacji, a na teraz skupia się głównie na optymalizacji, żeby gra ruszyła jak najpłynniej. Zresztą poza miastem to w ogóle nie ma większego znaczenia — tam przyjemność z jazdy jest dużo większa. Pewnie bez zaskoczeń: Tokio i okolice są najlepiej dopracowanymi lokacjami w całej serii, a po Meksyku w Forza Horizon 5 to bardzo mile widiana zmiana.



Nic z tego nie jest „generyczne”
Jedną z największych sił Forza Horizon 6 jest to, jak nieustannie przestawia atmosferę jazdy. Meksyk w poprzedniej odsłonie często stawiał na ogromne przestrzenie i długie odcinki jałowego krajobrazu, ale Japonia jest dużo bardziej zagęszczona, żywa i różnorodna.
Co kilka minut zmienia się charakter dróg i samo otoczenie. Od nowoczesnych autostrad pełnych tuneli i mostów nagle trafiasz w wąskie przełęcze między pięknymi wzgórzami, potem w małe wioski, po leśnych drogach albo między polami obsianymi drzewami kwitnącej wiśni.
Ciekawostka: Mapa Forza Horizon 6 pełna jest ukrytych miejsc, które nagradzają dociekliwych graczy. W trakcie eksploracji możesz natrafić na tradycyjne świątynie, punkty widokowe albo kultową Tokyo Tower, a jeśli zrobisz zdjęcia tych kadrów w trybie foto, gra odwdzięczy się bonusowymi punktami, kredytami lub nowymi autami.
Tym razem Playground Games położyło jeszcze większy nacisk na detale i dzięki temu mapa nie wygląda jak tło pod wyścigi, tylko jak prawdziwe miejsce o własnej tożsamości. Wioski nie są ani trochę „przypadkowe”, krajobraz nie składa się z powtarzalnych wzorów i właściwie w każdym kierunku znajdziesz coś, co aż prosi, by choć na chwilę zwolnić. Jeśli masz ochotę — bo tak właśnie się dzieje.

Do tego dochodzi najlepsza, jak dotąd, ścieżka dźwiękowa, dzięki której możesz słuchać nawet 9 stacji radiowych z wykonawcami takimi jak Linkin Park, BABYMETAL, Pendulum, YOASOBI, Rise Against i setkami kolejnych. W mieście możesz przełączyć się na coś ostrzejszego i bardziej energetycznego, a na wsi postawić na spokojniejsze brzmienia oraz japońskie instrumenty ludowe.
Pory roku wracają i są wyraźniejsze niż kiedykolwiek wcześniej
Pory roku wracają też w mocniejszym stylu; seria miała je już w kilku odsłonach, ale tym razem dostają jeszcze bardziej wyrazistą oprawę. Podczas jazdy zmienia się nie tylko pogoda i pora dnia — zmienia się także sam krajobraz: od różowych kwiatów wiśni po śnieżne góry w tle. I to właśnie one należą do najlepszych momentów całej mapy. Po raz pierwszy w historii Forza Horizon 6 dostaje stale zaśnieżony region z ośrodkiem narciarskim: wyciągi, stoki i trasy, po których możesz szaleć nie na nartach, ale samochodem.

W efekcie pojawiają się momenty, które czasem bardziej przypominają dziką podróż drogową niż klasyczną grę samochodową czy motocyklową. Minutę temu driftujesz obok wodospadów, kilka minut później „lecisz” przez zasypany śniegiem wąwóz, a potem kończysz na stoku narciarskim gdzieś wysoko w górach. I wtedy od razu wiesz, że to nie jest zwykła mapa do zwykłej gry o samochodach, tylko arcade’owa przygoda na czterech kołach.
Wydarzenia online i bardziej naturalny rozwój gry
Forza Horizon 6 nie próbuje na siłę wynaleźć koła — i nie musi. Dostaje ogromny otwarty świat, setki licencjonowanych samochodów i dokładnie taki rodzaj arcade’owej jazdy, gdzie zabawa jest ważniejsza niż realistyczna symulacja. Choć purystom od autentyczności też pewnie uda się znaleźć coś dla siebie. Tryb online i wsparcie live service z nowymi samochodami oraz aktywnościami znów są tu na porządku dziennym.

W porównaniu do poprzedniej odsłony gra sprawia jednak nieco lepsze wrażenie pod kątem progresji. Tym razem nie zaczynasz jako gwiazda festiwalu, tylko jako zwykły zapaleniec, który stopniowo odblokowuje większe wydarzenia i mocniejsze klasy samochodów.
Z każdym krokiem naprzód nowa opaska symbolizuje awans do wyższej klasy osiągów. Nowe auta wciąż zdobywa się bardzo łatwo, ale „odblokowywanie poziomów” ma teraz odrobinę bardziej naturalny rytm. Do tego jest kilka wyjątków, w których trzeba się naprawdę postarać, żeby dostać wybrane samochody.

Tradycyjnych, spektakularnych wydarzeń z samolotami, robotami (bo jesteśmy w Japonii), albo kompletnie absurdalnymi trasami oczywiście nie brakuje. Tym razem jednak nie zrobiły na mnie tak mocnego „wow” jak w poprzednich Horizonach. Główny powód jest prosty: podobne odjazdy widzieliśmy już wcześniej w serii, więc potraktowałem to jako obowiązkową pozycję na liście. Ale jestem przekonany, że społeczność z czasem wyprostuje te drobne krzywizny. To w końcu gra live-service, która umożliwia tworzenie własnych dodatków i modów — funkcja w pełni zrealizowana już w poprzednich odsłonach.
Zanurzenie w japońskiej kulturze samochodowej
Gra w pełni wykorzystuje ukształtowanie terenu i stara się wprowadzić je graczowi za pomocą różnego rodzaju wydarzeń w grze. Oprócz klasycznego Horizon Festival pojawia się teraz cała masa aktywności poświęconych bezpośrednio japońskiej kulturze i scenie samochodowej. Tym razem misje fabularne przestają wyglądać jak nudny „wypełniacz” między wyścigami i zamieniają się w przyjemne odskocznie, które naturalnie prowadzą cię przez zakamarki mapy.
Raz wisząc w tuningowym garażu, innym razem testujesz opony w górach albo na wybrzeżu, a czasem wyskakujesz na fotowyjazd do mniej znanych zakątków. I chociaż dialogi nadal cierpią na typową, przerysowaną „pozytywność w stylu Horizon”, to tym razem brzmi to dużo naturalniej i jest bardziej wciągające.

Playground świetnie uchwyciło też samą japońską kulturę samochodową. Mamy kultowe wyścigi górskie, spotkania online w legendarnych parkingach inspirowanych realnymi lokalizacjami (jak Drift Club Japan w Tokyo City) oraz spontaniczne wyścigi na prostej i próby czasowe, w które można wskoczyć niemal od razu.
Podział mapy na regiony z własnymi aktywnościami do odblokowania, ukrytymi autami i innymi drobnymi smaczkami, które motywują do eksploracji każdego zakątka, działa tu wyśmienicie. Dzięki temu Japonia nie wygląda wyłącznie jak ładna mapa — czuć, że to miejsce, w którym ma sens się zatrzymać, pochodzić trochę na luzie i czasem po prostu chłonąć klimat.

Nie znajdziesz bardziej efektownego wizualnie wyścigu
W Playground Games najwyraźniej po prostu wiedzą, jak powinien wyglądać nowoczesny arcade racer. Mechaniki jazdy są dostępne praktycznie dla każdego, a jednocześnie nie są pokulone ani przesadnie uproszczone. Każdy samochód ma własny charakter, a model reaguje na nawierzchnię, pogodę i prędkość.
Horizon 6 trafia więc w perfekcyjny balans między czystą arcade’ową frajdą a sterowaniem wystarczająco realistycznym, by jazda dawała przyjemność zarówno graczom na padzie, jak i tym, którzy mają kierownicę i pedały. I tak – wciąż prawdą jest, że rozbicie przez płot, przeskok nad połową lasu i kontynuowanie jazdy bez większych konsekwencji często jest najlepszym możliwym planem.

Bardzo doceniam zmianę w niszczeniu otoczenia — aż mnie to ucieszyło. W poprzednich odsłonach nawet najmniejsze drzewko czy palik w ziemi potrafiły zatrzymać auto ze zgrzytem. Tym razem deweloperzy byli dużo bardziej pobłażliwi. Zdecydowanie mniejsza liczba niechcianych przystanków podbija frajdę z jazdy zarówno w wyścigach, jak i podczas swobodnego przemieszczania się po wsi. To nie jest tak, że to nigdy nie ma miejsca, ale dzieje się znacznie rzadziej.
Technicznie gra znów jest w absolutnej czołówce gatunku, a Japonia wygląda świetnie zarówno w dzień, jak i po zachodzie słońca. Gra szczególnie dobrze radzi sobie ze światłem, odbiciami i detalami w otoczeniu. Modele aut są pięknie dopracowane zarówno z zewnątrz, jak i w środku, a wydajność jest bardzo stabilna nawet na dużych, otwartych przestrzeniach.
Ciekawostka: W górskich terenach jest mnóstwo punktów widokowych, z których zobaczysz wioski, niekończące się, wijące drogi i Tokio nocą w oddali. Nad całym krajobrazem góruje ikoniczna góra Fuji, której szczyt jest pokryty śniegiem — to jeden z najbardziej charakterystycznych punktów na całej mapie.

To prawda, że w porównaniu z Forza 5 to nie jest skok pokoleniowy w grafice, ale Horizon 6 rekompensuje to wyjątkowo dopracowaną optymalizacją i ogólną płynnością (w dużej mierze dzięki wspomnianemu już spadkowi liczby samochodów i gęstości zaludnienia). Słabsze strony pozostają te same: animacje postaci i dialogi w scenach fabularnych, które wypadają trochę staro w porównaniu z resztą gry. Na szczęście nie ma ich dużo, a i tak większość czasu spędzasz za kierownicą.
Niewiele poprawiono też technicznych detali, jak uszkodzenia auta czy widoczne zmiany w otoczeniu w reakcji na jazdę. Weźmy brak śladów opon po przejechaniu przez błoto. Owszem, auta wyglądają na przytarte, a w różnych miejscach widać wgniecenia w karoserii, ale wszystko jest zrobione w pół-intencji. I szkoda — bo to była niewykorzystana okazja.
Więcej opcji personalizacji w garażu nie oznacza automatycznie lepszego efektu
Z drugiej strony, nowa funkcja mocno rozszerza możliwości związane z domami, garażami i prywatnymi posiadłościami. To już nie są tylko zwykłe miejsca do szybkiego przemieszczania się po mapie, ale przestrzenie, które gracze mogą częściowo modyfikować i wykorzystywać do prezentowania swojej kolekcji aut.
Widać, że twórcy próbowali przybliżyć grę do „stylu życia fana motoryzacji”, gdzie nie chodzi tylko o same wyścigi, ale też o poczucie, że budujesz własny kącik w świecie samochodów. Brzmi to świetnie na papierze i miejscami faktycznie udaje się stworzyć przyjemną atmosferę „cyfrowego marzycielskiego garażu”.

Problem w tym, że sam edytor sprawia wrażenie niepotrzebnie skomplikowanego i w kilku miejscach trochę niedokończonego. Opcji personalizacji jest sporo, ale sterowanie jest chaotyczne. Jednocześnie dobór przydatnych przedmiotów jest ograniczony, co sprowadza się do jednego — prędzej czy później społeczność modderów weźmie to na siebie i dorzuci usprawnienia, które ułatwią życie w garażach. Nie znajdziesz tu opcji wieszania plakatów na ścianach, ale możesz za to zaprosić dinozaura do swoich aut...
A skoro już o garażach… Gra ma absurdalnie dużą i różnorodną flotę (ponad 550 licencjonowanych samochodów), w której praktycznie każdy znajdzie swoje ulubione auto. Są tu marki takie jak Porsche, BMW, Ford, Honda, Toyota, Ferrari i Lamborghini, a gra świetnie łączy klasyczne japońskie ikony, codzienne sportowe auta i ekstremalne maszyny stworzone pod tory. Nie brakuje też furgonetek i rodzinnych SUV-ów. Efekt? Dokładnie taki garaż, w którym co kilka minut zastanawiasz się, jakiego samochodu spróbujesz jako następnego.

W porównaniu do poprzednich odsłon nie poszło tu wiele na przód z tuningiem — a całe doświadczenie jest praktycznie takie samo. Gra oferuje szeroki wachlarz opcji personalizacji osiągów, silników, skrzyń biegów i zawieszenia, a bardziej doświadczeni gracze mogą dostać naprawdę satysfakcjonującą zabawę w dopracowywanie szczegółowych ustawień prowadzenia.
Za to wizualna strona personalizacji nadal jest trochę bardziej zachowawcza: o ile część aut dostaje różnorodne body kity i spojlery, o tyle z innymi musisz zadowolić się jedynie minimalnymi zmianami.

Silniki, turbiny i brzmienie Tokio nocą
Jedno z miejsc, w których Forza Horizon 6 naprawdę wybija się ponad resztę (w ramach serii), to dźwięk. W końcu auta nie wyglądają jak różne „skórki” tego samego silnika z podkręconą głośnością — mają własny charakter i osobowość. Różnice między poszczególnymi pojazdami słychać od razu: od agresywnych turbin i dudniących wydechów po subtelne detale podczas zmiany biegów lub hamowania.

Co więcej, gra bardzo dobrze radzi sobie też z dźwiękami otoczenia na trasie. Uderzenia w bariery i skoki przez krawężniki mają idealną „wagę” i świetnie wzmacniają poczucie szybkości. To drobiazgi, ale dokładnie one sprawiają, że całe wrażenie z jazdy jest dużo bardziej wyraziste i intensywne.
Forza Horizon 6 na Xboxie — jak to działa i w jakim trybie grałem?
Na Xbox Series X praktycznie od razu wskoczyłem w tryb Wydajność i przy takiej arcade’owej jeździe w zawrotnym tempie nie było powodu, żeby szukać gdzie indziej. Forza Horizon 6 działa w dynamicznym 4K w całkowicie stabilnych 60 klatkach na sekundę i wygląda po prostu świetnie.
Działanie rozdzielczości dynamicznej jest tak płynne, że gdyby twórcy tego nie wspomnieli, większość graczy nawet by tego nie zauważyła (łącznie ze mną). Oczywiście jest też tryb Jakość z bardziej natywnym obrazem, ale w grze, w której lecisz 300 km/h przez kwitnące wiśnie, 30 FPS brzmiło równie naturalnie jak driftowanie busem.

Wyluzowane uzależnienie na spokojny wieczór
„Zrobię tylko jeszcze jeden wyścig”, a trzy godziny później wciąż driftuję gdzieś w górach pod gwiaździstym niebem. Tak wyglądał mój wieczór z edycją Deluxe na Xboxie. Znowu tempo jest idealne, a gra cały czas pcha cię, żeby próbować nowych samochodów, nowych dyscyplin i odkrywać nieznane miejsca.
Raz ścigasz się w klasycznych wyścigach drogowych, a zaraz potem gonisz innych w eventach driftowych albo kończysz misje pokazowe — serii towarzyszyły one przez lata. Tym razem jednak te spektakularne starcia nie wydają się już aż tak dzikie i zapadające w pamięć jak kiedyś. Adrenalina i filmowa oprawa oczywiście są, ale Playground postawiło tym razem na nieco bardziej przyziemne podejście.

Tryb „Discover Japan” podobał mi się dużo bardziej — świetnie kontrastuje z klasycznym festiwalem. Seria mniejszych misji wprowadza cię w japońską kulturę samochodową, driftową scenę i same regiony mapy. Tutaj dowozisz jedzenie ulicami Tokio albo zabierasz się za projekty tuningowe i wyzwania w górach.
A potem dochodzi komponent online, Horizon Play, w którym Forza naprawdę staje się wielką, wspólnotową przestrzenią do zabawy. Spotkania na parkingach, eventy społeczności oraz tory tworzone przez graczy stały się teraz równie ważną częścią serii jak same wyścigi.

Tryb wieloosobowy też jest kluczową częścią całego doświadczenia. Oczywiście możesz grać offline, ale seria Forza Horizon naprawdę rozkwita w świecie online. W skrócie: to ten sam system co wcześniej — spotkasz innych graczy w dowolnym miejscu na otwartym świecie albo powalczysz w wyścigach rankingowych. Wszystkie te elementy wciągają i sprawiają, że chcesz zostać na dłużej. Czas zwalnia i zanim się zorientujesz, minęło go już mnóstwo.
Ocena: 9/10
Czas to podsumować. I to w wielkim stylu, bo Forza Horizon 6 to taki sequel, który nie rewolucjonizuje serii, tylko dopieszcza ją do niemal perfekcji. Japonia od lat była wymarzoną destynacją dla Horizon, a efekt pokazuje, że warto było czekać. Fantastyczny otwarty świat, niesamowicie wciągająca jazda, bogaty wybór aut, świetny klimat nocnych ulic Tokio i masa treści we wszystkich możliwych formach sprawiają, że gra jest dziś jedną z najlepszych arcade’owych gier wyścigowych.
Tak, są drobne wady typu skromniejszy ruch, słabsze eventy pokazowe czy niedoskonały edytor garażu, ale żadna z nich nie odbiera gry jej najważniejszej cechy: Horizon 6 to najlepsza odsłona w całej serii. Potrafi wciągnąć na dziesiątki, a nawet setki godzin; twórcy dopracowali wszystko, co mogli, a „szóstka” z łatwością stała się nowym standardem w wyścigach na otwartym świecie. Tak właśnie powinien wyglądać sequel i w dodatku w serii zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić — instalacja po instalacji.
